Z połówką jest  jak w żarcie we 2 lepiej nie siadać chyba, że jeden nie pije.
Więc jeśli nie dwóch to może lepiej zrobić to w trzech???
Starty solo są proste. Lecisz 3 tematy sam. W trzech konkurencjach lecisz sam. W drużynie wygląda to trochę inaczej. 3 ludzi i od każdego wymaga się ognia z dupy tak żeby na mecie spiąć to piękną klamrą.
Może nie miejscem na pudle ale za nim…:D
Tak jest w myślach, a realu trochę inaczej.
Sukces rodzi się w bólach jak wiadomo, a ojców ma wielu. W tym konkretnym przypadku było dwóch ojców i jedna madka wariatka. Ojciec nie z Torunia, a z ulicy toruńskiej. Drugi to mua – Tritata, a panna matka z mokrą głową lubi latać z wózkiem. Początek drogi prosty i ustalony. Ty lecisz rower, który nie jest moją mocną stroną. Bo ile można pohulać na wigry czy?? Mówię nie, ja nie, nie jestem cudownym dzieckiem dwóch pedałów jak określało się kiedyś znanego i podziwianego naszego mistrza szosy. Ostał się tylko rower więc nie miałem wyjścia Woda i bieg już rozdzielone. Rozeszły się jak różańce w Toruniu. Z czasem i chorobą szefowej, która to wszystko wymyśliła, okazało się, że musimy dokonać zmian. I tak trafiłem do wody. Jako zodiakalny wodnik i szambonurek cieszyłem się jak niemądry z bateryjki na święta. W moje miejsce ściągnęliśmy człowieka rakietę, najwyższa półka w biedronce, krem de’la krem bydgoskiej szosy i najszybsze nogi na babiej wsi po prostu – Maciej el Sikoretti vel jeśli się pocić to tylko w różu. Na bieganiu pozostała z wózkiem Kamila „dam rade” Tymoś.
Przypomnę tylko liczby tego dystansu, 1900m spływu rzeką, 90 km na rowerze z siodełkiem i na końcu półmaraton plus – taki nowy program dla aktywnych :D. Plus taki, że każdy ma do zrobienia jedną z konkurencji na maxa na tzw. zawał. W starcie solo te liczby bolą po oczach jeszcze bardziej niźli w sztafecie co by nie mówić.
Cała zabawa zaczynała się o 7.00 w niedzielę na Rybim Rynku, ścisłe serce Bydgoszczu. Spać nie było jak wiadomo pilnowałem, żeby nie zaspać. Wstałem chwilkę po 5. Jak to małpa zjadłem banany w końcu mieszkam na drzewie to są. Plecak  check 5x czy sa w nim 3 rzeczy których potrzebuję. Som to idę.  Nie miałem daleko na start więc udałem się tam z buciszka przynajmniej zobaczę co tam słychać w miasteczku tri na salonach.
Podzia dobra, rzeka Brda płynie jak w stronę Wisły wieje trochę z falą, mówię sobie to będzie dobry dzień. Wystawię uszy, a że mam konotacje z dumbo to polecę jak anioł na krzydłach po wodzie.

Po drodze zasiliłem ciało espresso co by trochę oczy otworzyć bo te lekko zamknięte jeszcze.
Dorzuciłem się do bolidu Kubicy, a co tam my Polakko musimysię trzymać razem, nawey jak bolid nie jedzie.
BTW: Robert wiem, że czytasz mojego bloga dla mnie jesteś WIELKI.

Na strefie bez spin gumy gaci, zbite piątki, bajera i wspominki jak to kiedyś na plebani bywało. Patrzę na kolejkę ludzi do toitoii i uśmiechłem się do siebie bo to co jest na orlenie tam też zostaje – wiecie o co kaman.

Start od 7 zero zero. Przed nim wiadomo, najlepiej wejść i zobaczyć czy woda mokra i zimna. Sprawdziłem i takowa była. Ustawiłem się na końcu bo księga mówi, że ostatni będą pierwszymi ;). I znowu gadanie o wszystkim i o niczym. Dobrze, że słońce nie grzało jak rok temu na 1/4 bo w piankach to była istna sałna-soluszyn. Połowa stawki już w wodzie ale hola hola Qba K mówi, że pierwszy zawodnik już na strefie zmian. Druga część ludzi jeszcze nie zamoczyła tyłka, a tam już sparta się dzieje. Wszyscy spojrzeli na zegarki zapatrzeni w nie jak na komunii od chrzestnego i słychać srogie: o kur…., ja pierd…..co on jadł fasolę?? Generalnie szacunek, niedowierzanie i spocone kojones. 18 minut 1900m…nawet były prezydent Kwaśniewski nie robił setek w takim czasie.
Nadeszła wielkopomna chwila i siup na dziób. Pływanie w takich warunkach to nie problem. Taka specyfika tej imprezy. Krótko i na temat starsza gawiedź mówi faber z prądem to każde gówno spłynie dasz rade. Mieli rację. W piance z prądem to czysta opcja. Kierunek łuczniczka i dać tyle ile dała fabryka w nogi. W głowie kołatały słowa Sikora; faber 7;26 ruszam rowerem z chipem lub bez niego wez tego nie spierd….Jak powiedział tak zrobiłem 27.55 na macie. Ledwo wybiegłem z wody i słyszałem już w strefie tylko faberrrrr grubasie ile mam k czekać :D. Lubię tak dostać ścierką na ryjec. Tak z rana przed 8 w niedzielę. Oddałem chipa i umarłem.

Teraz już wszystko było w rękach, a właściwie nogach Sikora. Poleciał jak gimbaza w ajfony, jak teżewe do Tokio. Jak kościelny za składką. Dziewczyny jak mnie pozbierały, ubrały i umalowały, postawiły do pionu to poszlim coś zjeść. Tak o 8 rano jadłem hamburgera i piłem piwo a nie siki 0% dla rurkowców. Po prostu chce się Ż.
Oczywiście mój ulubiony pączkowóz nie może być ominięty przeze mnie. Oni budują moją formę, dodają energii i zapewniają zapasy na następne zawody. Będzie loko produktu 🙂

I jak ich nie kochać???

W tzw. międzyczasie dotarła madka wariatka. Co jest? Jak jest?? Sprawdzamy wszystko : jest git póki co 3 miejsce.
Wszyscy spojrzeliśmy się na siebie. Jak to 3 miejsce??? WOW. Jest MEGA dobrze. No nic idziemy na trasę zrobić trochę fot Sikorowi bo będzie marudził, że na profilowkę na GG nie będzie miał. Dochodzimy na toruńską, a tam myk myk różowa szczała przeleciała. Drę się, które lecisz? Kończę 3 słyszę…matko świnto mówię, kubica bydgoszczy normalnie.
Ładny był taki amerykański. Człowiek torpeda skończył 90 tfu 81 km szybciej niż ja 2 piwo. Średnia 37km/h wstydu nie ma. Jechał tak nie za wolno nie za szybko :D. Wpadł na metę i padł. Chwila oddechu i szukanie pisiont groszy bo wypadło.

Pałeczkę, a właściwie chipa przejęła Kamila. Odeszła na 2 krąg niczym TU.

Nie wiem skąd ale pamiętałem, że słyszałem nie wiem od kogo, że biega połówki z wózkiem w dobrym czasie;). Kamila wyprowadziła mnie z błędu, że chodziło o wózek w biedronce i dotyczy to tylko handlowych niedziel. Półmaraton wiadomo dystans już nie w kij dmuchał więc mieliśmy sporo czasu na kibicowanie i głupoty. Po 10 km poszliśmy do strefy ekspo&popas na piwo. Ja w międzyczasie popełniłem tę fotę. Dziecko jest w każdym z nas szanujcie to 😉

No nic trasa na bieżąco monitorowana. Piwko dopijane na spokoju. Dziwny start tzn. sztafeta. Robisz swoje, ogarniasz się i po prostu jesteś, a ktoś zapierdziela, żeby siedzieć i dopingować mógł ktoś. No dobra pić. Na monitorach kardio widzieliśmy, że zawał Kamili jest bliski mety więc ruszyliśmy stadem, żeby jako sztafeta skończyć razem.

To jest piękne w sztafecie, że wulkan energii związany z zakończeniem startu metą jest przezajebisty. Trzy osoby wbiegają na metę bo zrobiły kawał dobrej roboty. Każdy zrobił i wypił swoje. Euforia, radość, pozytywna energia po prostu SPEŁNIENIE. Wszystko miesza się i mixuje w kółko. Piękny uczuć do potęgi 3.
W strefie finisher’a jak w najlepszym all in, owoce, pietruszka, czereśnie, lody wszystko na co nas nie stać :D. No może poza sokiem chmielowym % 0, przepraszam jeśli kogoś uraziłem ale klauzula sumienia zabrania mi spożywania kompotu. To nie jest piwo i trzeba sobie to jasno powiedzieć. Najlepiej za linią mety wchodzi zimne, zmrożone chmielowe i nikt mi nie powie, że nie. Finalnie zajęliśmy ulubione i rozkochane przez sportowców 4 miejsce. Do pudła zabrakkło 23 min więć nikt nie płakał. To była prawdziwa radość. Nie było pretensji bo o co i do kogo? Genialny start moralnie czuję się zwycięzcą bo w amatorce zrobiliśmy pewnie pierwsze miejsce patrząc na składy sztafet z pudełka. Chodziło o fun i był, nie ma tylu reklamówek z ikei, żeby to wszystko schować. 1/2 za mną/nami.
Shrek na czerwonym dywanie. Oscar goes too….

Dzięki za przygodę. Natalia za ogarnięcie i organizację. Kamila, że pomimo braku wózka poleciałaś jak na promocję crocksów. Sikor za presje i wiarę bo wyszło soczyście. Wszystkim którzy nie widzieli a uwierzyli ;). Za kciuki, doping, piątki mocy podczas całego weekendu. W końcu dla moich dziewczyn bom tritata. Mocy MORDECZKI!!!
Następny przystanek….;)