Zdjęcie to oddaje to co wydarzyło się przez 72h – przed w trakcie i po Gdańsku.
Trzeba na wstępie zaznaczyć, że cały ten event opłacony w styczniu miał znamiona kalejdoskopu połączonego z rollercosterem umoczonego tchnieniem Macieja wróżbity. Sen nocy letniej i mokre marzenie miało się ziścić. 45 orło wpisowego klepło w styczniu i poszedłem spać na 5 miesięcy. Pobudka była sroga. Jak to sprint? Jak to k sprint? Halo nie ma takiego miasta Londyn. Spirytus chyba. Nie no k zapisywałem się na olimpijkę chciałem być jak szpilka&najman odklepać zawody i czuć się zwycięzcą z pozycji podłogi. Cytując klasyka Miauczyńskiego : qrwa mać ja piedrolę uj jak krew w pioch normalnie.
To miał być Giewont moich możliwości, Gubałówka mojego sezonu. Truskawka na torcie.
Nie ma opcji przepisania – brzmi komunikat. Powiedziałem sobie w duszy, a idi na uj z tym albo olimpijka albo nic.
W środę na 2 dni przed rozpoczęciem dostałem zielone światło. Światło płynące nie z lodówki a od żony. Dzieci sprzedane do babci, ja nas pakuję, a Ty jedź bo będziesz mnie tylko…. tu sobie dopiszcie co myśli, mówi i czuje żona, której delikatnie będzie się zawadzać.
Cenę wachy każdy widzi, zna i czuje ją na co dzień. W niedzielę zawsze idziemy z rodziną popatrzeć jak ludzie tankują tak dla relaksu. Mój modndolot ma taki wirnik w baku, że Kozidrak z warszawy jest przy nim abstynentkom. Padło więc na pkp. Mamy już europejskie ceny, podatki i opłaty to może też tam na torach się poprawiło. W robocie z nudów zrobiłem wstępną rezerwację i o niej zapomniałem wszak niezapłacone się nie liczy…W bosze ciao z rana mówię, a zobaczę jak z miejscami w pociągu. Paczam, oczy przecieram, a tam pusto jak w moim portfelu. Wszystek zajęty. Nic nie ma. Nic! Płaczę. Chwila refleksji. Mówię przecież rezerwację robiłem. Wbijam na maila i JEST!!!!
Robię becalen i jestem gość tak myślałem. Sprawdzam bilet i widzę, że nie ma miejsca dla kozy. Trudno prowadzić żywot ułana. Puściłem fantazję i mówię jakoś to będzie los mi sprzyja :D.
Spakowałem mandżur odbiłem bilety w firmie Faber Low Cost Travel i poleciałem na stację.
W pociągu rzeczywiście się zmieniło. Klima, fifi i wieszaki na rowery. Właśnie było ich sześć a zajęte cztery. Nie czekałem powiesiłem i usiadłem czekając na pana kanara.

Kiedy przyszedł rzeczony Pan. Przyznałem, że muszę zapłacić za kozę bo póki co jedzie w gratisie. Wyją swój elektroniczny kajet i zakomunikował, że miejsca nie ma i wszystkie rowerowe wieszaki są zajęte. Mówię, że jeszcze jeden jest wolny, a ja jeden zająłem już. Cisza. Dobra sprzedam Panu talon na balon ale po przejściu bramy się nie znamy. Mówię dzieje się i biorę. Myśleć będę później jeśli w ogóle. Podróż minęła szybciutko więc wysiadka na Gdańsk wrzeszcz i 5,6 km dokręcić na nocleg. Ulica JP2 dojeżdżam do Kaczyńskiego więc myślę sobie już jest dobrze zaraz na kolanach będę do lata szedł. Nic to. Dojeżdżam na miejsce pikna chawira. Kolega mówił, że jest w remoncie ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak :D. No ale cytując kolegę Tomka z polski B darmowa cebula słodka bywa jak za damkę – prawda to je powiadam Wam.
Spanie jest kibel działa czego chcieć więcej jak park Regana z okna widać? Mówię sobie jest dobrze. Szybki rozpak i dzida na miejsce kaźni odebrać pakiet i zamieszkać w strefie i wrócić na zimne izo do apartamentu. Na miejscu miałem czekać i porozmawiać o zmianie dystansu i tak też zrobiłem. Od stycznia kiedy opłaciłem evencik byłem przekonany, miałem zmazy nocne i mokre sny na dystans olimpijski…tydzień przed imprezą znalazłem się na dystansie…sprintu. Nie spirytusu tylko sprintu. Choć ta pierwsza pomyłka nie byłaby złą. Wszak alkohol szkodzi zarazkom. No nic udałem się do pani odpowiedzialnej za proceder rejestracji tak przynajmniej myślałem. Mówię co jest, że jest rozbieżność pomiędzy tym co wyśniłem, a tym co zastałem na listach. Wcześniej byłem utwierdzany w przekonaniu, że nie będzie problemu i mam być dobrej myśli i na myślach się skończyło. Jak zobaczyłem, że babka od ogarniania pisze na wotzapie do menago czy może zadzwonić teraz do niego – grzecznie podziękowałem za troskę i powiedziałem, że za rok będę bardziej uważał przy rejestracji. Ech. Życie. No nic skoro już tu jestem to po prostu wystartuję i będę się dobrze bawił wszak w moich jebitnych startach o to głównie chodzi. Ani wiek, ani waga ani treningi nie spowodują, że nagle miałbym atakować szczyty szczytów. Przy wyjściu z namiotu gdzie nic się nie zmieniło spotkałem kilka znajomych dusz i pozwoliłem sobie na dłuższe pogawędki nie tylko o pogodzie. Fajnie na obcej ziemi spotkać nie obcą twarz. Na ten przykład ta Pani 😀

Marta to jest łogień w szopie nie pierdoli się w tańcu i nie szcza po gałęziach. Nie bierze jeńców i tu mamy zbieżne myślenie – robimy swoje. Później przyszły jeszcze jakieś byłe grajki z asty w koszulkach Golden State więc delikatnie im pocisnąłem dla mnie NBA umarło/skończyło się wraz z odejściem Majka – ta obecna jest zbyt mało męska. Po prostu rzucanie trójek z ławki,szatni czy parkingu przed halą to nie jest koszykówka 😉 Dobra ale o tri miała być to piosenka.
Trzeba oddać, że challenge ma bardzo dobrą organizację na wejściu do strefy miałem sprawdzane brejki w bajku, a jak sięgam pamięcią swoich startów, a było już ich kilkanaście to nie pamiętam takowego traktowania w moim rowerze. Czerwony dywan ciągnął się jak nos pinokia opowiadającego jak to jest zajebiście w naszej ojczyźnie. Udało mi się osiodłać rumaka na wieszaku
Wróciłem tam jeszcze, bo to jednak morze przy plaży a rano zapowiadali deszcz…o czem prawiliśmy właśnie z Martą, że ona chce upału bo to jej warun ja wręcz przeciwnie niech popada i wykrakałem…Zakryłem drugim pudełkiem buty co by rano nie mieć akwarium. Poszedłem na koniec strefy zobaczyć jak wygląda wyjście z wody i powiem szczerze, że dywan na piasku to gotowa recepta na rehabilitację, a tam wiadomo kolejki długie. Wiedziałem, że dzięki temu będę miał czas jak człowiek zdjąć celofan po pływaniu z siebie uff.

Wybaczcie ale jako reprezentant daltonizmu dywan może mieć inny kolor niż napisałem. Wiadomo, że jak start to ładowanie węgli. Wiadomo, że teraz sam węgiel i węgle w jedzeniu to krocie w naszej walucie do zapłacenia ale znając już topografię wybrzeża – miało się koleżanki w Gdańsku – to wiedziałem gdzie iść na dobre węgle. I tak polecam zjeść u p.Lewandowskiej w Brzeźnie ale nie tej z Barcelony :P. Ryba tam jest sztos ale dziś padło na kuchnie włoską czyli pizzę z duża ilością serów.

Duża (dla mnie) nie była więc dosyć szybko uporałem się z jej „jesestestwem”. W drodze do domciu wiadomka izo o temperaturze morsowania i potem drugie więc byłem pewien, że paliwo na jutro jest gotowe. Piwo to moje paliwo i lecimy. Noc udało się dopiero złapać około 01;00. Mieszanko nie ma jeszcze rolet w oknach, a oświetlenie z tarasu napierdlało tak cudnie jakbym białego węgorza z blatu wciągnął. Oczy jak 5 złotych ale ze zmęczenia udało się je zamknąć do około 6. Po 6 usłyszałem zza okna kap kap i mówię no to wykrakałem…mokro i pada. Szybko patrzę w apkę pogodynkę na srajfona niczym lampę alladyna i jest uff, przestanie padać. Umyłem zęby resztką browara, wyciągnąłem z niedziałającej lodówki kanapki z miodem i wiedziałem, że to będzie dobry dzień. Po drodze deszcz jakby wiedział, że nikt za nim nie będzie tęsknił jak w tym momencie pójdzie sobie wpizdziet i tak zrobił. Na miejscu sprawdziłem tylko jak wygląd stanowisko dowodzenia rowerem i poleciałem przebierać się w durexa i spełnić swoje marzenie czyli zaliczyć start w Bałtyku. W sumie z tego wszystkiego pływanie 750m było jakimś wyzwaniem. Ustawiłem się grzecznie bo jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę – takie całe moje życie – i bach po ruszyliśmy chyba czwórkami co 8 sek i było to pięknie pilnowane także nie było tłoku jak w białce na stoku. Kawałek trzeba było podelifonwać z racji tego, że głębokość nie spadała jakoś szybko i prawie do bojki nawrotnej można było spokojnie robić orki z majorki. Od bojki już dzida na pełnej czas miałem jakiś rozsądny bo wyszło 1:44 na 100m więc wstydu w domu nie było. Dwie rzeczy, które zapamiętam smak żelu o smaku koli zmieszanego z bałtykiem – pychota polecam. Druga myślałem, że znajdę meduzy w morzu ale tu było pełno żab 😀 . No nic pamiętałem, że na wyjściu będą ruchome pisako-dywany więc zachowałem spokój i równowagę do strefy, żeby z aquaman zamienić się w cudowne dziecko dwóch pedałów. Van rysiek przycupnięty i lecimy łogień na korbie. Długi wyjazd ze strefy po kostce czułem na swoich hemoroidach. Trasa mimo, że szybka i na prawdę urokliwa, stadion, tunel pod Wisłą – tam z szybkości płakałem bo w życiu jeszcze tak nie zapierdzielałem ale wiadomo 110 kg fizyki nie oszuka. Morlin nie stwierdziłem, parówkowozów nie było choć każdy jechał bez litości. Po drodze jeszcze dwa małe podjazdy i zjazdy na wiadukty i nawrotka. Wiedziałem, że źle nie jest i zostanie mi tylko walka o życie na biegu. Pamiętacie, że wyjazd ze strefy był długi. Powrót był ciutek dłuższy bo trzeba było przejechać niejako całą strefę i wjechać od tyłu – kto nie lubi. Ponieważ byłem na wieszaku z przodu przebiec całość holując rower było serdecznie miłym uczuciem. Dalej zmiana obuwia, kasku na czapkę i lecisz synu jak na plebanie. Bieganie fajne promenadą czuć piniądz czuć bryzę i zapach toi toi o poranku. Trochę w parku szutrem, strefa karmienia mega rozwinięta choć nie mieli browarów – no smuteczek.

Ostatnie 300-400m to wiadomo już leci się z zamkniętymi oczami i zębami. Oddycha się wszystkimi dziurami i porami ciała tam już nie ma przebacz wybacz. SOR rysuje się na twarzy, a ciało układa się w napis HELP. Żarcik. Choć jak spojrzeć na ten piękny medal to model cierpiał podczas pozowania. Sami zobaczcie może jechał bez siodełka? Może mina na chytrą babę z Radomia?


Model cierpiał jak pozował. Nic to po mecie standardowo leci się na metę sprawdzić co ORG przygotował bo człowiek dawno nic ciepłego w ustach już nie miał. Po Charzykach poprzeczka jest ustawiona dosyć wysoko ale Gdańsk nie zawiódł. Podchodzę do pana z chochlą i pyta z mięsem czy vege? Mówię kroolu złoty czy ja wyglądam k jak vege no weź się przytul…zrozumiał nasypał epicko do miski. Dalej to już izo, że chce się Ż – wiadomka, temperatura radosna czyli schładzanie. Coś co dodaje skrzydeł w puszcze. No nic załadowany jak kałach na ruskich szukam miejsca i mam. Siedzi mości pan i słyszę, że gada lepiej niż teściowa mojej żony. Mówię idę będzie o czym pogadać i rzeczywiście 3h siedzenia, gadania, jedzenia i picia zleciało jak z bicza czaskowski. Kolega okazał się być Marcin Żelazko zupełnie jak mój starszy kolega po mieczu Marcin Żelazny – przypadek? Nie sądzę. Może Iron był marynarzem? Who knows? 😀 .
Kolega żeliwny zaprezentował swojego orła cień którego zaliczył na wjeździe do strefy T2 i po prostu epicko wyejbał się – najważniejsze w takich sytuacjach, że niespłacony rower cały – resztę się wyklepie – sami zobaczcie. W końcu człowiek żelazko to jak prawie człowiek z żelaza.

Po wyjściu z popasu spotkałem sympatycznego Tomka z Olsztyna co kilometry wcina. Przy okazji takich iventów dobrze i fajnie jest spotkać ludzi zza monitora, insta czy ryjbuka. Tomek okazał się spoko mordą z tego miejsca pozdrawiam serdecznie bo jestes gość.

Moje problemy zaczęły się kiedy uświadomiłem sobie, że niestety ja wracam ale mój rower już nie. PKP nie jest nie było i nie będzie gotowe na przewóz rowerów. Na pomoc jak to zawsze w palących sytuacjach przyszedł strażak, którym jest – Łapa. Spadł jak poparcie emerytów oca Tadeusza z Torunia, jak jaszczomb na inflacje i uratował mnie na swojej białej daczi. Znalazł miejsce i upchnął moją kozę na pakię. Niech Ci włos z głowy za to nie spadnie :D. Zjedliśmy u lewandowskiej obiad, nie tej z barcelony :P.

Pogadaliśmy i każdy udał się na swoje włości ja na dyliżans do Bydzi, Łapa zaliczyć drzemkę po jedzeniu. Podróż pociągiem w Polsce to jak cofnięcie się w czasie i pszeczeni, której zawsze jest w wagonie za mało. Nie dość, że pociąg miał mega opóźnienie to jeszcze tona ludzi czekała aż przyjedzie tu na miejscu. Żal mi było triathlonistów z rowerami bo niestety ich nadzieje były złudne i płonne na miejsce w wagonie…Łapa jeszcze raz dzięki kroolu złoty. Dobrze, że miałem wykupioną miejscówkę bo nie trzeba było uprawiać dyskusu, że pan tu nie siedział. Dopchałem się do wagonu i przedziału to już jeden sukces. Wchodzę i na moim miejscu siedzą dwie babki. Pytam grzecznie czy mają wykupione miejsce 53? Nie padła odpowiedz i jedna już spakowała mandżur i grzecznie wyszła na przepełniony korytarz, druga zaczęła, że tam jest mordor ona jest chora i nie może…jakoś się zmieściliśmy bo nie miałem ani serca i nie jestem ujem żeby to zrobić. Życie. Jak strzeliłem fotę z rąsi to łza mi się zakręciła i lata młodości przypomniały jeśli idzie o podróż pkp…tu się nic nie zmieni i nie zmienia – ot taka stała.

Marzenie spełnione, Bałtyk zaliczony może nie w takim wymiarze jak chciałem ale jezdem zwycięzcą :D.
Podziękowania dla Michała za dziuplę, Łapa – wiadomo stajesz się synonimem słowa HELP, Anka – miło było spotkać po prawie 15 latach niewidzenia, Żelazny od żelazka – fajnie było poznać mam nadzieję, że zdjęcie akceptujesz. Gdańsk ja tam jeszcze wrócę z Olem :D.
Tomek (from Olsztyn) miły było spotkać na zdjęciach jesteś jakiś winkszy a tu takie zdziwienie :). Jedno ze zdjęć użyte dzięki uprzejmości ak-ska photo. No nic sezon leci dali ja płynę razem z nim mam nadzieję, że jeszcze będzie czas napisać bo następna stacja CEKCYN. Trzymajcie kciuki.





