Na koniec sezonu (dla mnie) i na osłodę po klapie Borówna 2020 nie mogło się trafić nic innego jak Triathlon w „Cukrowni Żnin”. Palce lizać i watę kręcić jak się okazało. Pierwsza edycja czyli dziewica. 40 km samochodem bezdomnego od mojego miejsca zamieszkania…jak więc nie jechać? No jak? Jedno tylko padło z racji startu o 9 w niedzielę, kluczowa godzina i dzień, nie waż się tylko nas obudzić – usłyszałem od lubej. Jak gość w niedzielę ma wstać o 6 rano w łóżku gdzie sypiają 2-3 kobiety. Sarenką nie jestem no chyba, że taką 110 kg, a przejście łóżka to jak przejść przez pole minowe. Tu głowa, tu ręka tu żona :D. A jeszcze trzeba jakieś śniadanie strzelić i do spływu czajki się dorzucić co by na lekko wjechać w 1/8 tri.
Śniadanie jak to sportowcy, w biegu. Kawa standard na „cyrklu”  i dzida na Żnin via Łabiszyn. Droga prosta, równa bez miliona tirów – szanuje taki spokój. Przy lotnisku tylko ostry cień mgły się pojawił


i później to już tylko sprawdzałem czy mój orzeł nie odleciał z dachu ale od czego są trytytki 😀

O dziwo na miejsce zajechałem szybko ale nie jak Kubica – dojechałem w jednym kawałku. Mimo to sporo dziatwy już się zjechało. Wszystkich uczestników cirka 101 personen. I nie było nikogo non grata. Kilka osób nawet widziałem już kiedyś albo wiszą mi hajsy, stąd ich znam :D. Ubrałem dres, klapki kubota, reklamówkę z biedry i popędziłem po pakiet. W obecnym roku wiadomka dystans nie tylko przed teściową, maska na ryjec i pełna deratyzacja kończyn. Pakiet na bogato jak w lidlu w tygodniu niemieckim. Prawie mogłem z niego złożyć opla, nakarmić pół rodziny, ubrać się do kościoła i rozdać długopisy połowie klasy mojej córki. Jeszcze nigdy pakiet na 1/8 nie był tak przaśny, to moja osobista refluksja tematu. Pełna cooltura.

Po sprzedaniu wszystkiego z torby od orga poszedłem na miejsce kaźni. Strefa T1 i T2 na wolnym powietrzu więc  żaden covid nie przejdzie. Woda w jezioranach podobna do Śremskiego zbiornika po wejściu do kostek nie widziałem już swoich stóp. Może to i lepiej dla mnie i dla świata…woda mokra i zimna jak na ten czas. Nie zamoczyłem się jak wszyscy bo piłem kawę żeby obudzić 2 oko ale nie to trzecie :D.
To co odróżnia Żnin to spora strefa wylotu na trasę biegu i roweru ale co ja wiem w żopu byłem g widziałem.

Rozstawiłem w strefie zmian swój stragan z różnościami. Myk polega na tym że trzeba włożyć wszystko w odwrotnej kolejności czyli bieganie na samo dno, szmaticzku na paticzku na rower na to. Nic nie może leżeć na ziemi. Pamiętajcie, że po pływaniu graty z pływania zajmują niemało, a krzynka jaka jest każdy widzi – mala ;). Rower wisi i słyszę JEGO.

On sam własnej osobie, jedyny i niepowtarzalny aksamitny głosnienaganna aparycja i dykcja – córki Ci nie oddam. Jakub Gracza Graczykowski czyli Rozbiegany konferansjer. On robi robotę, on robi różnicę on do tego dnia wisiał mi 2 ziko za kibel i….oddał dług :D.
Jak pisałem stałem z kawą była 8.50, a ja jak zwykle w proszku. Start o 9 ale dobra kawa w tym przypadku Espresso musi mieć swój czas. Przebrałem się w neopren, czopek oki i pognałem na koniec kolejki. Nie każdy bohater nosi pelerynę.

Wychodzę z założenia, że z przodu idą grube ryby, a ja z tyłu tylko gruby, nie wygram więc po co mam się denerwować. Akurat leciałem w fali z dobrym znajomym więc motywacja była od razu 😉 Marcin pozdro mordo chociaż w wodzie jest moje 😀

Tyle lat w wodzie, LO, studia potem już rekreacyjnie jako nurek zawsze sięgam dna. Lubię wodę i ona mnie z wzajemnością. Tam jestem jak ryba, tfu foka w wodzie. Ważę mniej, a moje opływowe kształty robią robotę.
Jak powtarzają starzy wyjadacze pływaniem się nie wygrywa, wygrywa się rowerem przegrywa się bieganiem. Nie dyskutuję z tym po prostu tak jest. Z pewnymi prawdami i rzeczami nie ma co dyskutować. Wyjście z wody to już wejście na na tętno 180 i ogień do końca. Jak zwykle na spokojnie z gracją z dobrym czasem ale jak mówiłem co z tego 😉

Ludzie krzyczą na plaży, to syrena, nie to David Haselhoff, nie to pływający shrek 😀 w dodatku z kupą wypisaną na twarzy :P.

Zimne to lubię lody ale nie wodę. Szybki lot na strefę T1 odaplić Van Ryśka. Nowy nabytek w stajni, który nie odpalił i srogo mnie zawiódł w sierpniu na 1/2…puściłem to w niepamięć,żeby nie tyrać bani. Po prostu życie i Rysiek udowodnił, że rzeczy martwe to rzeczy martwe i czasami mają nas za nic.
Nic wsiadłem na ogniste siodło i poleciałem jak dzik w żołędzie…pamiętajcie, że nie siedziałem na rowerze 3 tygodnie i to zrobiło swoje ale walczyłem ile nogi podwały. 22,5 km pykło na kiepskiej ale średniej 30 km/h. Not good not terrible. Jeden mocny akcent podjazdu i kilka pomniejszych górek plus to co wiało od wody. Uszy znowu nie były moim sprzymierzeńcem. Kto mnie widział bez czepka ten wie w czym problem ;).

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Niebieska kulka pogoniła co sił. Moja kupa złomu dała radę więc są jakieś perspektywy na przyszły sezon…
I teraz ostatnia prosta i dyscyplina run forest co tylko w baku zostało. Jak sie okazało 5.30 na km więc wstydu nie było. Jeszcze tylko rzucone na wylocie

I leciałem dalej tu już draft jest dopuszczalny połowę trasy leciałem za jakimś Grzegorzem – dzięki satry

Trasa biegowa znajdowała się przy jeziorze, a że zaczęło wiać to trochę człowiek się czuje jak nad morzem. Nad dynią jakieś ptactwo wodne. Przydałaby się jakaś rybka i frytki, może piwko…co z myśli to z serca. Na koniec oczywiście ostatnie 200m ogień w majtach. Słychać Graczę wiem, że za chwilkę będzie meta, pijontka mocy i ostatnie metry to już sprint. To jest pikne nie masz paliwa, sił a lecisz jak na promo harnasia do biedrixa. I szczęśliwy koniec, meta, a na niej ogromna radość…OGROMNA.

 

 

Stary cieszysz się jakbyś wygrał. Byłem 83/101. Dla mnie każde ukończenie zawodów to zwycięstwo. Jestem realistą mam lustra w domu. Przygotowania i same starty to dla mnie fun i odskocznia od codzienności. Bawię się i dobrze mi z tym…chwilo trwaj cały czas. A potem ulubiony przez wszystkich afterek. I tu kolejna bomba. Micha jak ta lala nie jakaś breja w kubku tylko prawdziwa COOLtura. Talerz, sztućce i danie z katalogu. Podchodzę do 4 panów i słyszę od pierwszego vege czy mięso? Mówię panie czy ja wyglądam na vege? :D. Pan spojrzał i mówi temu panu podwójnie…makaron, mięso, sos pomidorowy i parmezan. Dużo parmezanu. Muczo bueno. Podziękowałem pokłoniłem się i poszedłem zasiąść. Po drodze zaczepia mnie kolejny pan, tym razem od win.

Ma być różowe czy białe gazowane…ja paczę i pytan Ke? No do makaronu to proponuję białę…odpowiadam dobra dawaj. Kieliszek zalany, łzy same lecą do oczu. Szczęście to mało. Ja wychowany na siarce zemsta sołtysa a tu taki wersal…. Sami zobaczcie:

Po chwili przechodzi ktoś i mówi Tritata jeszcze izobro…kij, że bez % ale zimny szybko wejdzie, nawodni tyłek.
Szok, niedowierzanie i spocone kojones…tyle radości za 79.99. W ikei tak nie dajo.
Reasumując czuję się jak po dobrym weselu, gdzie wódka jest idealnie zmrożona, jedzenie łechce moje podniebienie, a muzyka pięknie nadaje rytm stopą w tańcu. Dla mnie beueno impreza. Za rok wracam, nawet jak trzeba będzie położyć wincej. Na taki balet warto. Blisko domu, piękny anturaż  cukrowni czyli okoliczności przyrody. Mówię tylko si wracamy tam za rok. Dwie małe rzeczy do poprawy : stojaki na rowery muszą być ciutek wyższe i koszulki muszą być ciutek dłuższe. Jestem już po laktacji ale czuję się zbyt kuso żeby w tym biegać po ulicy ;). Zaręczam, że zachęcam, że polecam w 100% to miejsce i start. Dziewczyny i Ty gościu z lokami na głowie odwaliliście kawał dobrej roboty.

Widzimy się za rok TriTata

btw. zdjęcia wykorzystane z maratomania, swoje, czarne s i