ŚREM. Impreza, którą miałem zamknąć zeszły sezon czyli 2018, przypomnę mamy rok 2019. Rok temu miałem taki gaz i parcie na starty, że stoperan by tego nie zatrzymał. Sam siebie wykończyłem. Tak. Tydzień przed startem zrobiłem pełną zakładkę na dystans 1/4 i co ? I gówno. Rano wstaję i widzę, że moja doopa znajduje się w kolanie. Już wiedziałem, że temat pozamiatany jak croksy na wyprzedaży w lidlu. Pojechałem siłą rozpędu bo wszystko było już klepnięte, a ja chciałem po prostu tam być…Byłem po drugiej stronie z aparatem. Emocji sporo ale bezsilność jeszcze większa.
Wtedy powiedziałem sobie, że tam wracam bo…mi się to po prostu należało. Musiałem zamknąć temat z zeszłego roku. Teraz wiem, że impreza wejdzie jako stały punkt kalendarza. Ale do brzegu.
Ten rok miał być również udany jak ubiegły ale jak wiadomo życie pisze inne scenariusze co do naszych oczekiwań. Zeszłoroczna lekcja pokory dała mi do myślenia i niepodpalania się. Kolejne imprezy robiły mi odpust, zmęczenie brało górę,a wiadomo albo wszystko albo nic gdzie nie można włożyć 100% siebie. Kluczyłem i czekałem, czekałem i kluczyłem. Na spokojnie nie jak na porodówce. I nadejszła chwila, dzień 17 września. Wylot mieliśmy dzień wcześniej bo rodzinka tam ubytuje. Wiedziałem, że ciotka zadba o turbo węgle. Tu nie było opcji tam zawsze czeka wigilia. Carboloading wielkości airbusa A 380. Wszystko skończone moim ulubionym izobro ciemne na głębokość 7%.
Wieczorkiem pojechaliśmy jeszcze na miejsce zbrodni znaczy startu.
Na plaży ryby ino takie w trupa zalane i to chyba nawozem z pola naprzeciw. Smutny widok mówię obyśmy nie skończyli w ten sposób jutro.

Pakietosy odebrane, a właściwie nr i czip.

Startowałem razem z Filipem, który przeszedł na stronę mocy tri właśnie w 2019. Lepiej późno niż później.
Na miejscu spotkałem gościa, któremu zrobiłem to o to foto rok wcześniej.

PEŁEN SZACUN. Okazało się, że jutro leci też na tym dystansie więc zbiliśmy 5tki mocy i życzyliśmy powodzenia.
Ostatni rzut gało na wode i udaliśmy się w stronę psarskiego.Czyli na wigilię vol 2.0
Rano jak to rano
i zarzucić jakiś rakiet fuel co by noga podawała i cukier koło kostek się nie opadał. Mój tajny składnik jako żem przypominam nieco shreka,a trochę nieco małpkę to lubię towar z Kolumbii, który stawia mnie na nogi

Jajówa z boczkiem to je sztos pomyślałem a jak wiadomo, od głupiego pomysłu do realizacji to już nie daleko :D. Zjedlim popilim to czarną kawą i ruszyliśmy ku wschodzącemu słońcu na start.
Prawie jak lokalsi z racji bliskości startu 5km z korby jak z bicza strzelił.
Szok bo myśleliśmy, że będzie luz blues a tu kolejka jak do kijosku za brzozową panie…mówię panie za czym ta kolejka a gość mi na to za ostatnią paróweczką hrebiego Barykenta 😉

Wlot po meldunku do strefy i parking kozy na uchwycie co by wierzganie szło składniej po pływaniu. Tu trochę fejmu bo polubiłem moją nową kozę. Taka nie za szybka i taka nie za wolna ale to jest miś moich możliwości i kochma jo ona tu je i jeździ dla mnie 😀

Ostatnie wygibasy, modlitwa o łaskę sił do startu bo na rozum już za późno i poszliśmy zobaczyć czy nadal mafia zostawia ryby na plaży…ale nie piknie wysprzątane. Ryb nie ma i ich nie widać bo woda koloru espresso jak się stoi po kostki to już ich nie widać. Taka mocna woda. Były dwie fale startu. Z racji tego, że jak zawsze walczę o lokaty pierwsze jak się odwróci kartkę z wynikami do góry nogami ustawiłem się na końcu drugiej fali tam gdzie moje miejsce. Start dla prawdziwych koneserów czyli „praleczka” kto już miał do czynienia przedstawiać nie muszę, a dla niewtajemniczonych – all startujący na słowo start lecą od razu. Tam nie ma przebacz nie ma zmiłuj. Powiem tyle, że szybciej człowiek dobiegnie do kasy w biedronce (nowo otwartej) niż przebije do przodu czoła pływania. Osobiście nie przepadam za tym sposobem startu. Mój pech polegał na tym jak się okazało, że dopływając do pierwszej bojki spotkałem się z silną grupą, ławą żabkarzy…uwierzcie mi że ciężko mija się 3-4 osoby płynące przed wami stylem klasycznym. Albo się ich opływa co jest karkołomne albo szuka luki między pływającymi i tnie się tam. Nie jestem Torpem ale nie mam problemu z pływaniem. Takie historie jak wyżej na tym krótkim pływaniu miałem 2-korotnie…i nie ma co trzeba brać jak jest. Z wody wylot po dywanie jak alladyn na bezdechu do mojej fury z Deka. Rozbieranie z pianki jak 17 latek na hasło sex. Turbo błyskawica wszystko fruwa i lata. Myk myk i już byłem na asfalcie, a tam koła autobusu toczą się, toczą się….

Pogoda super, nie wieje. Słońce jest to na co można czekać ? Na grilla :D. Dytstans krotki ma o do siebie, że (czasami) jest dozwolone draftowanie czyli można usiąść komuś na kole i korzystać z tego, że za „zającem” są mniejsze opory i człowiek zostaje z większą ilością sił na bieganie. A za mną to po prostu miód malina jechać. Gabaryt i odstające uszole dają jadącemu za mną spory komfort :). Tak jakby za tirem maluch jechał. Stąd grill i parówki. Bo co odjechałem przyczepiało się do mnie 2-3 koleżków i nie wiedzieć czemu nikt mnie nie wyprzedzał tylko grzecznie berlinki jechały za mną. Jak mówiłem taka to formuła była ale uczuć straszny. Na koniec dobijanie siebie w postaci dwóch pętli, nie na szyi, po 2,5km przy akwenie an którym pływaliśmy. Uważam, że miejscówka jest spoko pod względem dostępności i bliskości wszystkich konkurencji.
Na drugiej pętli doszedł mnie Filipo i tak też wbiegliśmy na metę.



1s różnicy i miejsca po sobie. Ale nie o to w tym wszystek chodzi. Fajnie, że jest ktoś jeszcze na wsi komu żona daje, daje potrenować i na razie za to nie chce rozwodu :D. Zawsze raźniej pod prysznic i lepsza mobilizacja do działania.
Po rozdaniu autografów i wywiadach dla lokalnych gazet i tv, strzeliło jak to na mecie izobro.
Dwa nagie miecze schłodzone do granicy możliwości tak jak lubię. Szanuję moją tri torbę bo chce się Ż.
Medale oczywiście też dali. W ogóle to dużo dali na mecie fest drożdżówka jakiej nie powstydziłaby się, żadna szanująca się babcia 😀
Duża i dużo. Ja jestem łasy na kruszonkę więc mi w to graj. Ta ze zdjęcia już obżarta.
Czyli to czas by być GREAT again.
Podsumowując 116 na 240 startujących. Najlepszy czas….dotychczas na 1/8.
Świetnie zorganizowana impreza. Zawodowo wymierzona co do cm – szok.
Wielkie podziękowania dla organizatorów bo można bić tylko brawo. Kilka zdjęć ze strony www.fotomtb.pl mam nadzieję, że się nie gniewacie. Strefa finishera bogata jak na przyjęciu na wsi u szwagra.
Filip gratulacje i do zobaczenia na trasie i treningach pewnie 😀
Śrem my tu jeszcze wrócimy, z Filipem rzecz jasna!!!!



