Najlepszy start w sezonie. Najlepszy czas pływania (56 z wody) prawie jak karp na święta. Najlepszy rower ze średnią 33 km na kole (103 miejsce) – Kwiato i Majka już czują mój nieświeży oddech na swoich plecach. Najlepsze bieg (133 miejsce) – U.Bolt zrezygnował z biegania przypadek? Nie sądzę. To wszystko na 250 startujących. Końcowy wynik 97 miejsce OPEN. W kategorii Shrek jak zwykle PIERWSZY!!! 4 start w tym roku ale za każdym razem coś nowego. Człowiek czegoś się ciągle uczy. Mrocza – trudne waruny. Bydgoszcz – spełnienie marzenia na dystansie 1/4. Mylof – total dzicz. I w końcu Borówno – Ocean/lava. Najstarsze zawody na pełnym dystansie w Polsce.

/pralkę czas zacząć/

/Biał wal/
/Hajzer start…/
Pierwszy raz miałem przyjemność ze startu wspólnego tzw. „pralki”. Brakowało tylko Zygi Hajzera. Tutaj biel bitej na starcie piany staje się jeszcze bielsza.Tutaj kultura to stan umysłu. Tu jest SPARTA!!! Ręce, nogi, łokcie wszystko dozwolone. Przyjąłem na twarz wszystko co leciało. Nie zostałem dłużny nikomu tu nie ma odpuszczania. Słyszałem od starszych w piśmie, że rozpięcie pianki, zdjęcie okularów czy podtopienia to chleb powszedni takiego wejścia do wody. Veni, vidi davinczi. Żyję. Osobiście wolę rolling start.
Kolejny myk w strefach zmian nie było krzynek jak poprzednio. Były worki, wory i woreczki.
/kukux worek/
I ta nowość też nie przypadła mi do gustu. Co prawda w końcowym rozrachunku nie było problemu z odnalezienie swoich rzeczy i łatwiejszy ich transport ze strefy T1. Strefa T1 była w Borównie strefa T2 i meta przy Zecie – kawał drogi. Wszystko ma swoje zady i walety jak widać. No nic z worka do worka i na odpalonego starTREKA.

/stary ale jary/
Rower to moja pięta achillesowa. Nie jestem cudownym dzieckiem dwóch pedałów. O nie. Przez to, że całe życie wygrywam z anoreksją i moje uszy nie są aero tracę sporo. Sprawę skomplikowała również trochę zmiana aury. Ze słonecznej w deszcz, a co za tym idzie asfalt stał sie pułapką. Fizyki nie oszukam. F=m x a. A że masa u mnie wygrywa…Przy zjeździe do strefy T2 nie wypuściłem na czas spadochronu i pomimo hamowania na ręcznym przeleciałem jak gówno przez widły.
/cieszynka do budki foto/
Zawróciłem i jakoś z pomocą ochrony przywrócili mnie na tory zawodów, dosłownie. Tam znowu worki, woreczki i wory. Jak zamieniłem sandały na japonki wiedziałem już, że nie jest źle. Antyperspirant trzymał pachę w ryzach kulki o zapachu lawendy. Niecałe 5 km i czerwony dywanik przede mną.
….i mioteła do zamiatania 😀
Banan na twarzy, cyc do przodu i lecisz Grażyna. Piątki mocy od Młodego i Rowera i poleciał. Bieg trochę jak taktyka w polu karnym obecnego selekcjonera kopaczy – na tzw. obiegnięcie na walizkę. Droga prosta. 3 skręty w lewo i jeden w prawo i Gracz już witał na mecie. Osobiście lubię gościa. Ma ten flow. Nie mówi za dużo. Nie mówi za mało. Sam jest tri więc czuje dobrze to co się święci na mecie. Tym razem 5tki nie przybiłem. Wybacz Gracz. Byłem chytry jak baba z Radomia.
A mianowicie. Trzymałem tempo 2 miłych panów przede mną cały dystans.
/bicycle/
Jak to się mówi wieźli mnie – jest to dozwolone w bieganiu i pływaniu. Na samym końcu odpaliłem podtelnek sandałów i przed samą meta myk&cyk i byłem 2 miejsca z przodu. Może dlatego zmieściłem się w pierwszej 100tce. Kazdy lubi setki. Nawet byli prezydenci.
/Uła ha chłopaki na zdjęciu 2/
I stało się. Najlepszy start w 2018. Ale ale nie można zapomnieć, że to dystans olimpijski tzn.

To ta subtelna różnica. Dłuższe pływanie, trochę krótszy rower i bieganie. Długość ma znaczenie. Dało taki, a nie inny wynik. Mnie cieszy jak skarpety od teściowej na święta. Zostałem olimpijczykiem trochę inaczej. Na mecie oczywiście wywiady, zdjęcia i browar prawdziwych tygrysów. To takie „posh” w tym roku piwo free, grill kiełbasa bez glutenu i w ogóle bez sensu – jak zyć? Ale darowanemu izo nie pczy się pod kapsel.
/męskie granie na ekranie w niemęskim wydaniu/
Koszulka finishera za mała na mój cyc. Nie przewidzieli, że skończę. A jednak zawiodłem ich.
/lubię zapach medalu o poranku/