Dzień pański sobota 11 czerwca roku 22

4;40 to nie jest kurs euro choć blisko ale godzina zmartwych mego powstania z łóżka. Klasyka mówi, że brunet wieczorową porą więc z rańca to pewnie będzie chodziło o blondyna i wtedy na biało cały wchodzę mua bez kawy :D.
Czerwiec w kalendarzu więc nie ma problemu żeby oknami waliło dniem już po 4. Wedle wcześniejszych ustaleń, obliczeń, wróżby i tarota musieliśmy wcześniej pokonać 80 km w czasie cirka poniżej 1h aby zdążyć dojechać, odebrać pakiet i browar – WOW – dodatkowo wstawić pojazdy  na belkę. Podróż zaczyna się początkiem czyli zgarnięciem Pawła, który zapałał po niebycie chęcią zamoczenia swojego (od)bytu w jeziorze charzykowskim. Umówieni. Podjazd robię w umówione wcześniej miejsce i przecieram oczy. Na przystanku jest gość sztuk jeden ale w pozycji jakby już za metą i nie wykończony wysiłkiem, a zbyt dużą ilością izo :). Wiadomo w nocy z piątku na sobotę bywa różnie i każdy orze jak może.  Upewniłem się, że nie reaguje na imię Paweł i czekałem na kogoś na 2 nogach o w miarę przytomnym spojrzeniu. Chwilkę później pojawił się i on więc uff. Kamień z serca lecimy na orlena do garażu.

Chwilkę przed godziną „W” jesteśmy u Filipa trzeci do tańca&różańca. A tam pewex. Kawka panowie? Pada retoryczne pytanie. Mówię spoko zatrzymamy się na stacji. Filip pokazuje, że ekspres czeka na mielenie. No nic czikita na mordzie więc przycisk ON i lecimy z tematem i bajerą. Czaicie przed 5 rano a gość  targał z domu do garażu maszynę do robienia kofeiny – sztos o tym będą pisać w legendach.

Zjadamy kilometry jak szczerbaty suchary. Galaxy leci jak sokół milenium. Na dachu 3 szosy. Wszystkie 3 moje obecne lub byłe rowery żyłka handlarza pozostała po mamie się gra się ma – tak trzeba żyć 😀 .

Wujek googel pokazuje, że już niedaleko tu za rzeką więc szukamy najbliższego parkingu. Znajdujemy go i wtedy naszym oczom ukazał się las…krzyży. Cmentarz za oknem auta, mówimy to tu :D. No nic paczamy na zegarki i tu zdziwko bo mamy za dobry czas, a to znaczy że można było jeszcze wydłużyć sen ale kto by tam gadał jak ze startu ma być na pełnej k od początku. Szukamy miejsca do odbioru pakietów, badamy teren bo my tu z miasta pierwszy raz. Wygląda dobrze. Dochodzimy do pkt w którym dostajemy pakiet i zimnego lecha (kompot 0% ale sympatycznie prawda?) mówię – już mi się podoba.

Miasteczko tri budzi się do życia, co raz więcej znajomych twarzy. Przybite piątki, wymiana szydery i poznanie w końcu kogoś kogo się widzi na ryjbuku albo stagramie. Real to real. Miło pogadać nawet o pierdołach, o robocie, która nas tu czeka ot tak po prostu. To duży plus należności do trirodziny jakkolwiek jest się z nią powiązaną.
No nic robimy wprowadzenie do strefy  wieszam rower na belce a tam drugi rysiek – jak mój. Oczy zalały mi się łzami i myśl pojawiła w głowie może to mój nieślubny brat ze strony ojca matki siostry jego córki :D. W uszach zagrało uacha rowery dwa…te same rowery, nr zaraz po sobie. Przypadek? Nie sądzę.

No nic rozłożyliśmy się cudownie jak kupa w lesie na runie i ruszyliśmy przywdziać pianki wszak czarny wyszczupla a my już średnio każdy po 38,9 lat więc na co czekać? Na brzegu nie bałem się jak zobaczyłem pamelkę…w rękach ratowniczki :D.  Start to klasyczny rolling – jednak z kadencją mniejszą niż 5s więc na początku było ciasno, mokro i…żabkarzy full mocny. Uwielbia te ławy pełnej szerokości żabek przed mną. Ja na początku swojej przygody uczestnictwa w takich eventach ustawiałem się po prostu na końcu stawki. Mierzyłem siły na zamiary.  No nic bojka uno, bojka due i prosta na pełnej do białej bramki. Powiem szczerze, że ciemne bojki nie pomagają w nawigowaniu – a były ciemne i mi ciężko było obrać kierunek, ech.
W drodze na T1 wybiegam rozbierając się z szybkością inflacji. Sam byłem zdziwiony, że oddech spokojny i nie rozglądam się za szerpami z tlenem w obozie pierwszym. Wszystko idzie tak jak się nie spodziewałem czyli epicko. Rower jak to rower. Nigdy nie byłem cudownym dzieckiem dwóch pedałów. Zima nie była przepracowana na trenażerze. Wiem. No ale nic jak na moje warunki średnia prawie 33 km/h to całkiem spoko wynik. Dla mnie nawet bardzo. Wracając do tytułu tej rozprawki parówki. Parówkowozy sypały się paczkami ściśnięte jak berlinki w folii. Sędziów widziałem 2x może dlatego, że waha droga? Zapamiętałem gościa z nr 75 trzymał się kolegi przez 20km jak jaszczomb podwyżki stóp %. Pozdrawiam z tego miejsca. Zapytam przekornie do toitoia też wchodzicie razem?

Droga rowerowa pełna uroku, cienia i miłych wspomnień. Charzyki, Funka, Brusy i nawrotka w okolicy Małe (nie) Sworne Gacie :D. To tam człowiek jeździł na zielone szkoły, tam harcerze czymają zaPałki przy ognisku to tam poznałem swoja pierwszą finke – zimną. Nic to otarłem łzy wspomnień i kontynuowałem końcówkę roweru. Przed zejściem nie wiem co myślałem ale wbiegałem w T2 z jednym butem na nodze drugi pozostał wpięty w pedał. Poleciałem tak jak stałem. Zmiana obuwia i wylot w dwóch równych na MEGA urokliwą trasę biegową wzdłuż linii brzegowej. Drzewa cień i chłodek, jeszcze od jeziora więc nie robiłem nic tylko kontrolowałem swoje tempo. Było założenie i starałem je realizować. Słowo starałem się i realizować –  jest tu kluczowe :D. Na mecie jakiś luj wbił mnie się w obiektyw jeszcze….ech Ci celebryci motyla noga.


Za linią mety coś czego jeszcze nie spotkałem HAMBURGERY. Jedni biegajo żeby żreć ciastka inni lubią mięsko i zimne izo. Jestem oczywiście z tych pierwszych i drugich. Kolejna niespodzianka to piwko, co z tego, że ziobro %. Zimne weszło jak i gdzie trzeba. Gastro nie z tej ziemi. Dziewczyna z obsługi pyta co sobie życzę. Mówię, że proszę hamburgera bo parówek to się na rowerach naoglądałem…Muczo piękna impreza. Mój start mimo bdb pływania, najszybszego dotychczas roweru i szybkiego biegania kończę z czasem 1:22:19. Czuję niedosyt bo zaczynam flirtować ze złamaniem końcówki 20. Mam jeszcze parę kg do utylizacji, mogę poprawić rower więc perspektywa jest kusząca jak obligacje z gwarancją inflacji.

Za linią mety coś czego jeszcze nie spotkałem HAMBURGERY. Jedni biegajo żeby żreć ciastka inni lubią mięsko i zimne izo. Jestem oczywiście z tych pierwszych i drugich. Kolejna niespodzianka to piwko, co z tego, że ziobro %. Zimne weszło jak i gdzie trzeba. Gastro nie z tej ziemi. Dziewczyna z obsługi pyta co sobie życzę. Mówię, że proszę hamburgera bo parówek to się na rowerach naoglądałem…Muczo piękna impreza. Mój start mimo bdb pływania, najszybszego dotychczas roweru i szybkiego biegania kończę z czasem 1:22:19. Czuję niedosyt bo zaczynam flirtować ze złamaniem końcówki 20. Mam jeszcze parę kg do utylizacji, mogę poprawić rower więc perspektywa jest kusząca jak obligacje z gwarancją inflacji.
Kolejny udany start bo przeżyłem. Kolejny medal do kolekcji. Za rok z takim zapleczem kulinarnym możecie na mnie liczyć i wpisywać na listę z nr 69. Marbruk triathlon Charzyki to było epickie.